wtorek, 25 lutego 2014

Au Pair w Oslo... trudne początki

Nadszedł czas na kontynuację poprzedniego wpisu, w którym opisałam Wam moją historię związaną z poszukiwaniem rodziny goszczącej -> KLIK. Dzisiaj chcę przedstawić Wam moje doświadczenia z pobytu u pierwszej rodziny w Oslo. Polecam usiąść z kubkiem czegoś do picia, bo to długi post, najdłuższy w historii tego bloga. Myślę, że warto go przeczytać... Zwłaszcza ku przestrodze. Może na początek suche fakty o mojej rodzinie goszczącej z Oslo...

Host mama 40 lat, Tajka, pracuje jako sprzedawczyni w sklepie. Host tata 57 lat, Norweg, pracuje jako konsultant w biurze podróży, poznał swoją żonę w Tajlandii, podczas jednej z podróży. Dzieci to dwie dziewczynki w wieku 17 miesięcy i 5 lat. Rodzina nigdy wcześniej nie miała au pair, ja byłam pierwsza. Miejsce zamieszkania - Oslo. Brzmi ciekawie, czy podejrzanie?

Jak wiecie już z poprzedniego wpisu, byłam zachwycona moją rodziną goszczącą z Oslo i z niecierpliwością odliczałam dni do wyjazdu. Na początku listopada podpisałam 2 letni kontrakt z tą rodziną, a mój wyjazd miał nastąpić dopiero 28 stycznia 2014, więc czas oczekiwania był dosyć długi. W między czasie byłam regularnie w kontakcie z ojcem dzieci, średnio raz na tydzień wysyłaliśmy do siebie maile co tam słychać. Nie raz zastanawiało mnie dlaczego mama dzieci nie chce mnie poznać, nie chce wysłać do mnie maila, nie chce porozmawiać przez telefon. Przecież będę opiekować się jej dziećmi, czyli istnieniom najcenniejszym jej sercu? Tłumaczyłam to sobie w ten sposób, że widocznie musi ufać swojemu mężowi tak bardzo, że nie odczuwa potrzeby poznania mnie. Pod koniec grudnia zakończyłam moją pracę w Niemczech i przyjechałam do Polski. Wtedy też ojciec dzieci wpadł na pomysł, że fajnie byłoby się spotkać na skype, bo dziewczynki mogłyby mnie poznać i oswoić się bardziej z myślą o moim przyjeździe. Pomysł super! Pamiętam jak dziś, że umówiliśmy się na skype 31 grudnia. W sumie nasza pogawędka na skype trwała 30 min i w końcu miałam okazję poznać dziewczynki. Starsza (5 lat) popisywała się przed kamerką i chciała żebym przyjechała do nich najlepiej już, teraz, dzisiaj! Natomiast młodsza (17 miesięcy) bardziej była zaabsorbowana zabawkami niż moją osobą. Obie były niesamowicie słodkie. W końcu ich tata Norweg, a mama Tajka... Takie mieszane dzieci są przeurocze. Podczas tej rozmowy zaskoczyła mnie jedna rzecz, mianowicie mama dziewczynek mimo tej sprzyjającej okazji w ogóle nie chciała mnie poznać. Na początku siedziała gdzieś ukryta za swoim mężem nawet się ze mną nie witając, przynajmniej ja nie usłyszałam z jej strony wyraźnego hi, czy hello. Patrzała na mnie ukradkiem zza jego pleców i co chwile gdzieś odchodziła, tak jakby miała zupełnie gdzieś to, że w ogóle on ze mną rozmawia. Podczas pożegnania zupełnie straciłam ją z horyzontu kamery. Nie przywitała się, nie pożegnała... Dziwne. Kilka minut po zakończeniu rozmowy dostałam wiadomość na skype od ojca dzieci ''Miło było z Tobą porozmawiać. Myślę, że polubicie się z dziećmi. Wygląda na to, że z całego naszego towarzystwa moja żona jest najbardziej nieśmiałą osobą.'' No cóż... Nieśmiała. Starałam się nie myśleć o jej dziwnym zachowaniu, jednak ciągle tkwiło mi to gdzieś na końcu głowy. Pamiętam jeszcze jak dzień przed wyjazdem podzieliłam się z siostrą moimi obawami... Dlaczego ona nigdy nie chciała mnie poznać? Dlaczego na skype nawet się nie przywitała, tylko chwilę spoglądała na mnie ukradkiem? Czy naprawdę jest nieśmiała? A może ludzie z Tajlandii tak mają? Razem z moją siostrą próbowałyśmy rozkminić zachowanie tej kobiety, ale w efekcie końcowym stwierdziłyśmy, że nie ma co rozmyślać i z pewnością na miejscu okaże się, że wszystko z nią OK. Bardzo przeżywałam ten wyjazd, mocno się do niego przygotowałam, dla całej rodziny zakupiłam drobne upominki z Polski, spotykałam się z ludźmi, których nie widziałam bardzo długi okres czasu, po to aby się pożegnać. Czułam, że dzieje się coś ważnego w moim życiu, coś przełomowego. Cieszyłam się, że jadę, w końcu to było spełnieniem moich marzeń, jednak dręczyły mnie jakieś bliżej niezidentyfikowane obawy, które nie raz nie dawały mi spokojnie zasnąć w nocy i o których z nikim się nie podzieliłam. To musiało być jakieś przeczucie, że miejsce, do którego jadę nie jest dla mnie dobre. Ja sama nie wiedziałam jak wytłumaczyć sobie te obawy i dziwne, negatywne odczucia i zrzucałam wszystko na stres.



28 stycznia 2014 dzień mojego wyjazdu był bardzo stresujący! Stresowałam się bardziej niż na maturze, serio. ;) W każdym razie cała moja rodzinka, to znaczy mama, tata, siostra i brat postanowili odwieźć mnie na lotnisko w Balicach ( Kraków ). Znaczna część stresu zeszła ze mnie po tym, gdy już się z nimi pożegnałam i przeszłam całą odprawę. Lot minął mi dość szybko, odespałam trochę wcześniej nieprzespaną noc i siedziałam sobie sama w rzędzie przy oknie, gdyż leciało niewielu ludzi. Norweska ziemia przywitała mnie znacznie cieplejszym odczuciem zimy i całym mnóstwem śniegu! Odebrałam swój bagaż i już z daleka zauważyłam host ojca razem z najstarszą dziewczynką. Ucieszyłam się na ich widok, przywitałam się, mała była onieśmielona, ale również bardzo zaciekawiona moją osobą. Cała nasza trójka powędrowała w stronę samochodu. Zaskoczył mnie wystrój ich samochodu, ponieważ był dosyć mocno obwieszony wewnątrz różnymi wiszącymi frędzlami, figurkami i tym podobne. Zapomniałam Wam wspomnieć o tym, że ta rodzina wyznawała buddyzm i te ozdoby miały chyba coś wspólnego właśnie z ich religią. Mniejsza o to. Moja rodzina goszcząca mieszkała godzinę czasu drogi od lotniska. W tym czasie nawiązałam z host ojcem jakąś rozmowę. Usiadłam na tylnym siedzeniu obok dziewczynki i musiałam włożyć dużo wysiłku w zrozumienie tego co on do mnie mówi, ponieważ mówił naprawdę bardzo cicho, jakby mrucząc pod nosem. Co mi utkwiło w pamięci to to, że przez większość drogi narzekał na swoją teściową, która przyjechała do nich z Tajlandii. Mówił, że jest leniwa z resztą tak jak większość Tajlandczyków, że nie potrafi gotować, że niedokładnie zmywa, że ciągle tylko siedzi i nie kiwnie nawet palcem w ich domu. Zdziwił mnie ten temat rozmowy i sama nie wiedziałam za bardzo co mu odpowiedzieć. No cóż... Leniwa teściowa. To chyba nie zbyt dobry temat do rozmowy z Twoją pierwszą nową au pair podczas podróży z lotniska do domu? Tym bardziej, że gdy przyjechałam na miejsce poznałam tą kobietę i to ona okazała się być dla mnie najbardziej życzliwą i sympatyczną osobą w ich domu. Poznałam również młodszą dziewczynkę i od razu po wniesieniu wszystkich walizek do mojego pokoju na górę zaczęłam się z nimi bawić. Mamy dzieci nie było, była w pracy i miała wrócić dopiero po 22. W sumie dotarliśmy na miejsce około godziny 15 i od tamtego czasu ciągle bawiłam się z dziewczynkami. Babcia czasem do nas doglądała, a ich tata siedział przy komputerze, albo gdzieś znikał. O godzinie 18 babcia z Tajlandii przyszykowała obiad i wszyscy razem zjedliśmy przy stole makaron z sosem. Po obiedzie w dalszym ciągu zajmowałam się dziewczynkami. Teraz widzę, z perspektywy czasu, że ojciec dzieci zupełnie mnie olał. O godzinie 21 poszedł spać zostawiając mnie z dziećmi w moim pokoju. Po 21 przyszła babcia i zabrała młodszą dziewczynkę do jej łóżeczka, ale starszej pozwoliła zostać razem ze mną w moim pokoju. Byłam tamtego dnia bardzo zmęczona, nie miałam nawet kiedy się rozpakować, marzyłam o prysznicu po podróży, ale najstarsza wytrwale mi adorowała i chciała się bawić. I tak siedziałyśmy do późnego wieczora, podczas gdy reszta domowników smacznie spała w swoich łóżkach... Po godzinie 22 do domu wróciła mama dzieci. Pomyślałam sobie o wreszcie! Zeszłam na dół razem z najstarszą dziewczynką, aby ją przywitać i to był pierwszy raz kiedy tak naprawdę ją poznałam. Podałam jej rękę, powiedziałam że miło mi ją poznać, ona odparła to samo i jakoś tak bez emocji wypakowywała z reklamówek jedzenie do lodówki. Próbowałam do niej zagadać coś więcej i w tym momencie odkryłam, że jej angielski nie jest zbyt dobry. Gdy wypakowała rzeczy z lodówki powiedziała, że najstarsza dziewczynka będzie spać dzisiaj w moim pokoju, w dodatku razem ze mną w łóżku. Byłam w lekkim szoku, ale cóż więcej mogłam zrobić? Tak więc host mama poszła spać, a ja na górę razem z najstarszą dziewczynką. Położyłam ją do łóżka i kazałam zasnąć, bo jest późno. Sama poszłam wziąć wtedy prysznic... W końcu! Co do prysznica... Host ojciec obiecywał zarówno w swojej aplikacji jak i w mailach, które pisał do mnie, że tuż przy pokoju będę mieć swoją własną łazienkę z prysznicem. Tymczasem prysznic znajdował się w piwnicy, fakt był mój, bo oni nie chcieli z niego korzystać. Był cały zardzewiały i obwieszony pajęczynami. Nieważne. Wracając do tematu... To był długi dzień. Nie rozpakowałam się, bo nie miałam nawet wcześniej czasu, aby to zrobić, byłam padnięta, a mimo to trudno było mi zasnąć w nocy. Spałam w zupełnie nowym miejscu, z dzieckiem obok, jej mama nie dała nam dodatkowej pościeli i mała wzięła wszystko... W nocy było mi niewygodnie i zimno. Zasnęłam około 2-3 nad ranem, ponieważ ciągle rozmyślałam o tym, że jest chyba inaczej niż powinno być. W końcu zasnęłam myśląc o tym, że to przecież dopiero pierwszy dzień i jakoś to się ułoży, bo nikt nie mówił, że to będzie dla mnie łatwe. Tak więc nazajutrz dziewczynka urządziła mi pobudkę już o 6 rano.

Nie będę z dokładnością opisywać tutaj każdego dnia, bo trwałoby to wieki i któż chciałby to czytać? W efekcie końcowym wytrzymałam z tą rodziną tylko 4 dni. W ciągu tych czterech dni miałam z nimi wiele nieprzyjemnych sytuacji. Ciągle odnosiłam wrażenie, że nie jestem mile widziana i w pełni akceptowana przez matkę dzieci. Przyczepiała się do mnie o bzdury i mimo złego angielskiego potrafiła być dla mnie złośliwa. Zdałam sobie sprawę, że ona nigdy nie chciała mieć au pair w swoim domu. I właśnie to było powodem, dlaczego nigdy nie chciała mnie poznać. Z ojcem dzieci trudno było mi nawiązać kontakt, był to człowiek bardzo zamknięty w sobie i za każdym razem to ja inicjowałam naszą rozmowę, podczas, gdy jego odpowiedzi często brzmiały w stylu poburkiwania pod nosem ''Uhm, uhm, uhm''. Mieszkając z nimi miałam ogromny problem jeżeli chodzi o jedzenie, ponieważ każdego dnia miałam wydzielone dwie kromki chleba z salami na śniadanie, a później dopiero o 18 dostawałam talerz ryżu zalanego mlekiem i tak dzień w dzień. Nikt mi nie powiedział, że mogę korzystać z lodówki, zrobić sobie jedzenie jakie chcę. Codziennie liczyłam na to, że coś się zmieni w tej kwestii, jednak była to złudna nadzieją, a ja wydawałam swoje pieniądze na jedzenie w sklepie, bo zwyczajnie byłam głodna! Dzieci miały zupełną samowolkę, siedziały w moim pokoju do późnego wieczora, nikt nie zwracał im uwagi na to, że może chciałabym mieć trochę prywatności. Host ojciec już pierwszego dnia powiedział mi, że drzwi z mojego pokoju mają być zawsze otwarte. W ten sposób wychodziło na to, że moja praca to nie tak jak było wcześniej ustalone 30 godzin tygodniowo. Dzieci to tylko dzieci i one były kochane, bardzo samodzielne jak na swój wiek. Dzieciom trudno zrozumieć, że ich au pair w pewnych godzinach ma czas dla siebie, tutaj rodzice dali ciała po całej linii. Odnosiłam wrażenie, że muszę pracować non stop zanim dzieci pójdą do przedszkola i później kiedy z niego wracają aż do późnego wieczora. W czasie kiedy dzieci były w przedszkolu wymagali ode mnie prac domowych. Z tego powodu postanowiłam poprosić hosta o konkretny plan mojej pracy. Jego odpowiedź na moją prośbę to ''Uhmm, uhmm, uhmm''. Mimo to na drugi dzień przygotował dla mnie listę moich obowiązków, która zawierała chyba wszystko co możliwe, w tym odkurzanie codziennie całego mieszkania, dwa razy w tygodniu mycie wszystkich podłóg, dwa razy w tygodniu mycie całych łazienek, pranie zarówno hostów jak i dzieci, gotowanie dla wszystkich każdego dnia, odśnieżanie przed domem, prasowanie i co tylko. W południe przyszedł do mnie jeszcze raz z nową, poprawioną listą, bo wcześniej o czymś zapomniał. W nowej liście umieścił jeszcze więcej obowiązków, oczywiście nie uwzględniając konkretnych godzin mojej pracy. Na pierwszy rzut oka ta lista zawierała przynajmniej 50 godzin pracy tygodniowo! (W Norwegii praca au pair powyżej 30 h tygodniowo jest niezgodna z prawem) W tym momencie moja cierpliwość się skończyła i postanowiłam napisać do agencji o wszystkim, o tym że czuję się wykorzystywana, o warunkach, jak i o tym, że chciałabym zmienić rodzinę goszczącą. Pani z agencji odpisała mi, że rzeczywiście sytuacja przedstawia się źle i że jeżeli chcę to ona zgłosi to norweskiej agencji, a oni porozmawiają z moją host rodziną o tym co tutaj się dzieje. Powiedziała też, że najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdybym to ja sama porozmawiała z host ojcem, o tym jak się czuję w ich domu i o tym, że przed moim wyjazdem ustalaliśmy coś zupełnie innego i że może w ten sposób dojdziemy do jakiegoś kompromisu. Trochę trudno było mi sobie wyobrazić rozmowę na ten temat z moim hostem, gdyż jak wspominałam wcześniej on nie był skory do jakichkolwiek rozmów, jednak podświadomie również wiedziałam, że tak będzie najlepiej. Niestety przyszło mi samej zmierzyć się z tym problemem. Naiwna ja chciałam dać jeszcze temu wszystkiemu szansę i przeżyć jakoś weekend, którego bardzo się obawiałam. Ciekawe czy rodzice potrafiliby zapanować nad dziećmi i uszanować mój czas wolny? Wątpię. Nie doczekałam się weekendu, gdyż tamtego wieczoru stało się coś najgorszego. Host ojciec przyszedł do domu i kazał mi przygotować zupę pomidorową dla niego i dla dzieci (proszek, który zalewa się wodą i wychodzi z tego zupa) nawet ucieszyłam się, że nie muszę tego jeść. Przygotowałam tą zupę, naczynia podałam do stołu i wszyscy zasiedli, a ja karmiłam młodszą dziewczynkę. Zaczęli jeść i nagle ojciec dzieci zwrócił mi uwagę nieprzyjemnym tonem, że nie ma na stole szklanek i picia... No ok, wstałam, poszłam po szklanki, podałam mu i dzieciom i przyniosłam wodę. On na to żebym przyniosła mleko, bo on nie pije wody do obiadu?! Ten człowiek siedział metr od kuchni, a ja karmiłam małą i musiałam się odrywać żeby przynieść mu mleko?! Ciśnienie skoczyło mi maksymalnie i z zaciśniętymi zębami poszłam niechętnie po to mleko. Poczułam się jak jego służąca! Gdyby jeszcze mnie poprosił, powiedział grzecznym tonem, ale on traktował mnie chyba jak swoją niewolnicę, jak służącą w domu. Nie wytrzymałam w tamtym momencie i powiedziałam mu, że musimy porozmawiać. Spokojnym tonem powiedziałam mu co mi leży na sercu i o tym co gryzie mnie od samego początku, gdy do nich przyjechałam... Właściwie to nawet nie skończyłam mówić, bo on od razu się na mnie wydarł! Zaczął na mnie krzyczeć jakby był chory psychicznie. Gdy krzyczał pluł się i cały się trząsł... Byłam przerażona jego zachowaniem, a dzieci były przerażone tym wszystkim jeszcze bardziej. Wykrzyczał mi że jestem beznadziejną i głupią osobą, że do niczego się nie nadaję, że nic nie potrafię dobrze zrobić, że jak mi się nie podoba to już w tej chwili jestem bezrobotna, że nie będę u niego w domu za darmo! Kilka razy powiedziałam mu, że ma przestać na mnie unosić głos, ale to go tylko bardziej nakręcało. Wykrzyczał, że chyba nie myślałam, że przyjadę do nich i będę się zajmować dziećmi, że ja jestem u niego w domu głównie od sprzątania. Szok... Powiedziałam mu, że nie mam zamiaru być dłużej ich au pair i jak najszybciej chcę zmienić rodzinę, bo pobyt w ich domu jest dla mnie koszmarem... On mi na to wykrzyczał, że mnie załatwi, że zrobi wszystko, abym nie została w Norwegii, że nie ma tu dla mnie miejsca i że nie znajdę pracy jako au pair ani żadnej innej. Na szczęście nie uwierzyłam w ani jedno jego słowo. Dzieci kompletnie wystraszone patrzały na to wszystko, a ja uciekłam na górę do swojego pokoju i zaczęłam płakać ze złości i z tego co mnie spotkało. To był prawdziwy koszmar. Bałam się tam być, bo nie wiedziałam co jeszcze może odbić temu agresywnemu czubkowi! Od razu postanowiłam napisać do polskiej i norweskiej agencji o tym co się wydarzyło. Nie wychodziłam ze swojego pokoju aż do południa następnego dnia. Przed południem zadzwoniła do mnie kobieta z agencji norweskiej, zapytała co się dzieje, wszystko jej dokładnie opowiedziałam, a ona kazała mi przyjechać do biura, które znajduje się w centrum Oslo. Wysłała mi mailem linie autobusu do jakiego mam wsiąść i czekała na mnie na przystanku, na którym miałam wysiąść. Jakoś dotarłam na miejsce, mimo że było to moje pierwsze takie dalsze wyjście z domu i zupełnie nie wiedziałam jak poruszać się po Oslo. Razem w końcu dotarłyśmy do biura i w sumie spędziłam tam około 3 godzin, pani z agencji norweskiej zadawała mi mnóstwo pytań, następnie zadzwoniła do mojego host ojca, który chciał, abym została z nimi do czasu kiedy oni znajdą sobie nową au pair. Powiedziałam, że po tym co zaszło nie jestem w stanie zostać dłużej z tą rodziną. Tego samego dnia po powrocie z biura agencji musiałam spakować swoje rzeczy i się wyprowadzić. Gdy wróciłam do domu host rodziny, ojciec dzieci powiedział, że mam mu przedstawić konkretną godzinę, o której opuszczam jego dom i że mój pokój zanim go opuszczę ma być cały wysprzątany... Zapytałam go czy podwiezie mnie na przystanek autobusowy, który był 200 m od ich domu, a ja miałam 3 walizki, z którymi musiałam wspiąć się pod ogromną górę, aby tam dotrzeć. Odpowiedział mi: ''A ręcę masz?''. I poszedł. Doskonale wiedział, że przyjechałam do Oslo pierwszy raz w swoim życiu, wiedział że nikogo tam nie mam, zupełnie nie obchodziło go to dokąd pójdę, co się ze mną stanie. Po prostu miałam się wyprowadzić. To były jedne z najgorszych dni w moim życiu...

Pewnie zastanawiacie się teraz co się ze mną stało? Otóż od samego przyjazdu byłam w kontakcie z moją kochaną Moniką, która również jest au pair w Oslo. Na bieżąco pisałam jej o tym co się u mnie dzieje. Ona opowiedziała o całej mojej historii swoim hostom, a oni zaproponowali, abym została u nich na weekend. Monika i jej host rodzinka spadli mi z nieba. Byłam w szoku, że ludzie, którzy mnie praktycznie w ogóle nie znają, są w stanie pomóc mi tak bezinteresownie. Nigdy wcześniej nie znałyśmy się z Monią, wymieniałyśmy ze sobą tylko maile i pisałyśmy na facebooku. Ona jest wspaniałą dziewczyną, której będę wdzięczna do końca życia! Dziękuję Ci jeszcze raz za wszystko i wiedz, że jesteś wspaniała! <3 U Moniki zobaczyłam jak to naprawdę powinno być. Byłam pod wrażeniem jej hostów. Gdybym nie zobaczyła jak w rzeczywistości powinna wyglądać normalna relacja między au pair a host rodziną, być może nie zdecydowałabym się po raz kolejny spróbować. Myślę, że z każdego negatywnego zdarzenia w naszym życiu można wyciągnąć jakąś lekcję i coś dobrego. Gdyby nie to zdarzenie, nie poznałabym tak wspaniałych osób, a moja wiara w ludzi byłaby na poziomie zerowym. Monika przyjechała niemalże pod dom moich byłych hostów i pomogła mi ze wszystkim, z moimi walizkami, z moim humorem i sprawiła, że mam też lepsze wspomnienia z mojego pobytu w Oslo! Monika prowadzi swojego bloga, na którego serdecznie Was zapraszam. -> KLIK

 
Tutaj po przejściach, ale już z uśmiechniętą buzią... Możecie więc wyobrazić sobie jak towarzystwo Moniki wpływa na człowieka. ;) <3


Co dalej? W niedzielę wieczorem postanowiłam wziąć z Oslo autokar i pojechać do Szwecji. Tam zatrzymałam się w Goteborgu, ponieważ miałam nadzieję, że agencja znajdzie mi szybko jakąś rodzinę, jednak to nie takie proste znaleźć rodzinę w tydzień. Zazwyczaj rodziny szukają kogoś ze znacznym wyprzedzeniem. Dni mijały, a ja owszem dostawałam jakieś oferty, ale cała sprawa w ogóle nie ruszała do przodu. Próbowałam szukać rodzin na własną rękę przez różne portale, jednak nic to nie dało. Bardzo nie chciałam wracać do Polski, czułam się sfrustrowana tą całą sytuacją, rozczarowana tym co przyniosło mi życie. Moja rodzina i znajomi z Polski bardzo nalegali, abym wróciła i poszukała sobie nowej rodziny właśnie stąd, na spokojnie. W końcu przekonali mnie... przecież nie mogłam siedzieć komuś na głowie tak bezczynnie przez tyle czasu. Do Polski wróciłam autokarem, ponieważ była to dla mnie najtańsza opcja. W sumie jechałam 22 godziny z Goteborgu przez Szwecję, Danię, następnie promem do Niemiec, aż w końcu dotarłam do Polski. Nigdy nie spodziewałam się, że wrócę tak szybko do Polski, do mojego domu. No cóż... Życie bywa przewrotne i nieprzewidywalne. Widocznie czemuś to musiało służyć. Przy okazji mojego pobytu w Szwecji zwiedziłam sobie dokładnie miasto Goteborg... Jest piękne! A w autokarze do Polski poznałam bardzo fajnego człowieka, z którym przegadałam większość czasu!





Czy uzyskałam jakąś pomoc ze strony agencji? Znaleźli mi nową rodzinę goszczącą tym razem w okolicach Stavanger, do której wylatuję 4 marca. Poza tym nie uzyskałam od nich żadnej innej pomocy. Było im bardzo przykro i tłumaczyli to w ten sposób, że czasem takie rodziny się zdarzają i oni nie mają na to żadnego wpływu. Pani z norweskiej agencji dała mi swój prywatny numer telefonu, powiedziała że mam dzwonić w razie gdybym już naprawdę nie miała gdzie się podziać... Gdybym wylądowała z walizkami na ulicy... A co gdyby przydarzyło mi się to w innym miejscu niż Oslo? Kto by mi pomógł? Dokąd bym poszła? Co gdybym nie miała pieniędzy, aby wykonać ten telefon? Szczerze? Czułam się jakbym znalazła sobie rodzinę na własną rękę. To taki sam stopień ryzyka... Radź sobie sama... Byłam w błędzie sądząc, że wyjazd z agencji to bezpieczniejsza sprawa od znalezienia sobie rodziny na własną rękę. Jeżeli traficie na świrów, którzy chcą Was wykorzystać, a następnie wyrzucić z domu, w razie Waszego buntu, to i tak to zrobią. Agencja nie jest tu absolutnie żadną przeszkodą... No bo co agencja może zrobić takiej rodzinie? Nic. Nikt nikogo za nic nie karze. Domyślam się również, że były host ojciec musiał naopowiadać na mój temat niestworzone rzeczy w agencji. Część z nich usłyszałam będąc w biurze. Żałuję, że nie nagrałam słów, które wykrzyczał do mnie. Niestety wciąż mam je w głowie i szybko o nich nie zapomnę, mimo że nie wzięłam ich sobie do serca. Pani z norweskiej agencji powiedziała, że ta rodzina nie zrozumiała na czym polega program au pair i że najwidoczniej oni mają jakiś problem ze sobą od dłuższego czasu. Osobiście uważam, że host ojciec rozmawiając ze mną przez telefon chciał siebie w jakiś sposób dowartościować. Chciałabym, aby ten post był definitywnym zamknięciem tej sprawy. Napisałam go dla siebie samej, ale również dla innych. Może da przyszłym au pair do myślenia. Wiem gdzie popełniłam błędy i będę starać się nie powielać ich więcej w moim życiu. Bo przecież chyba o to w tym wszystkim chodzi?

W chwili obecnej jestem w Polsce, w moim rodzinnym domu. Nie jest to dla mnie najlepszy czas, ale wiem że będzie lepiej. W końcu wszystko zmierza w tym dobrym kierunku. Nie ma Oslo, nie ma tamtej rodziny, o której miałam fikcyjne wyobrażenie, nie ma wakacji na Tajlandii, ani studiowania. Moja obecna host mama mówi, że to nie stało się przez przypadek... Tak musiało się zdarzyć, abym trafiła do nich. Aż dziwnie po tym wszystkim jest mi napisać ''host mama''. A jaka jest moja nowa rodzina? Może o tym napiszę kolejny post... :)


Dzięki tej historii zdobyłam wiele doświadczenia, bardzo dużo nauczyłam się o sobie samej, jeszcze więcej o innych ludziach... Niestety taka nauka kosztuje, a spełnianie marzeń to nie taka prosta sprawa. Ale droga Norwegio tak łatwo się mnie nie pozbędziesz! Za tydzień przybywam, więc miej się na uwadze!

xoxo Lejdish